Żagle: tematy do rozmów

Poniżej przedstawiamy wielce pouczający opis wyprawy kpt. Marcina Siwka jachtem klasy Optymist na Bornholm. Zdjęcia w tekście są własnością M.Siwka.
A teraz oddaję głos autorowi.

The Small Ship Race

OptimistMoja własna inauguracja liberalizacji, dotycząca swobody żeglowania, za sprawą zniesienia obowiązku rejestracji jachtów na śródlądziu i posiadania karty bezpieczeństwa na jachtach morskich do 15 m rozpoczęła się.

Mój jacht, ket lugrowy, o długości 2,30 m, szerokości 1,13 m, łącznej powierzchni ożaglowania nieprzekraczającej 5 m² i zanurzeniu od 7 do 70 cm wyruszył w samotny rejs. Konstrukcja jachtu wprawdzie powojenna (1947 r.) i zza oceanu, ale chyba nigdy nie była tak popularna i dostępna w Europie jak dziś. Krótko mówiąc, poddałem seryjnie produkowanego w Polsce Optimista, z seryjnym regatowym ożaglowaniem, pewnym przeróbkom oraz wyposażyłem go w niezbędny do żeglugi morskiej sprzęt. Taką jednostką postanowiłem popłynąć do Danii w rejsie etapowym.
Etap pierwszy, Gdynia−Łeba, mam już za sobą. Z portu w Gdyni wypłynąłem pewnego lipcowego piątku o godz. 0400. Zgłosiłem to w VTS i SAR. Są całkowicie apolityczni. Nie podejrzewali mnie ani o przemyt alkoholu do Szwecji, ani o to, że być może posiadam koło ratunkowe bez PRS-u, ani też o to, że jestem częścią tarczy antyrakietowej.
Zdając sobie sprawę, że jestem jednostką całkowicie „niewidzialną” dla radarów dużych statków, co jakiś czas podawałem swoją pozycję do VTS. Dzięki nim wszyscy mnie omijali, myśląc pewnie, że robią to w bezpiecznej odległości. W istocie była ona bezpieczna − 50 m, ale z poziomu mojego wzroku widok mijającej mnie Stena Lines z 890 pasażerami na burcie i machającym do mnie oficerem na mostku nie jest obojętny.
Najcięższy był pierwszy odcinek do Helu. 11 godzin halsówki, kursów wolnych i stania w całkowitym bezwietrzu. Masz wrażenie, że się w ogóle nie posuwasz. Już wzdłuż helskich plaż rozpoczęła się istna Kamasutra. Wszystkie możliwe pozycje świata. Żeby tylko znaleźć sobie miejsce w kokpicie wielkości bagażnika malucha. Potem wraz ze wschodnim wiatrem mknąłem wzdłuż półwyspu. Po drodze spotkałem wiele jachtów morskich, których załogi dodawały mi otuchy. Najmilej wspominam Waldka z Gdańska, który podziękował mi za to, co robię, bo dzięki temu jego 550, którą płynie do Danii, jest ponad dwa razy większa od innego napotkanego po drodze jachtu.
O 2200 minąłem Władysławowo. Po wieczornej toalecie i zmianie kreacji na nocną, przepakowaniu map i skontrolowaniu stanu oświetlenia, oddaliłem się nieco od lądu. Ląd nocą straszy i wydaje się być bliżej niż jest naprawdę. Poza tym zawsze wydaje mi się, że coś, czego nie ma na mapie, z niego wystaje i chce mnie dopaść. Szybko minąłem Rozewie i rozpocząłem niekończący się tradycyjnie taniec z latarnią Stilo, wszechobecną i nie do ominięcia. Jej potężne światło towarzyszy żeglarzowi jeszcze długo poodpłynięciu od niej, aż wydaje się, że latarnia wędruje za tobą lądem.
O 0630 zameldowałem się w Łebie. Dla przekory poprosiłem kapitanat o pozwolenie wejścia. Pozwolili. Alleluja! Po ponad 26 godzinach żeglugi i pokonaniu 76 mil wyszedłem na brzeg. Roztaklowałem jacht. Kadłub o wadze 50 kg z wyposażeniem zaniosłem na trawnik, potem poszedłem do leśniczego Sitkowskiego wziąć prysznic.
To najdłuższy etap w mojej wyprawie. Następny, do Kołobrzegu, to ok. 70 mil. Potem skok na Bornholm − 50 mil. To już kaszka z mleczkiem. Jeśli imć Neptun będzie łaskawy. Wyposażenie posiadam podwójne. UKF na jachcie i w kamizelce. GPS na jachcie i w kamizelce. Mapy morskie zafoliowane i umocowane na pokładzie. Dodatkowo dwa naładowane i zabezpieczone przed wodą telefony komórkowe, oba przy sobie, i błyskacz stroboskopowy przypięty do kamizelki. Zasilanie podświetlenia kompasu i oświetlenia topowego z akumulatorka żelowego. Dużo ratunkowej pirotechniki, konwencyjnej i niekonwencyjnej. No i najważniejsze, do gwizdania mam gwizdek.
Za słowa wsparcia bardzo dziękuję, a niedowiarkom współczuję.
Trzeba marzyć.

Kiedy prasa donosiła, że Polska jest światową stolicą żeglarstwa, a do Szczecina przypłynęły ptaki oceanów, ja, korzystając z doskonałej pogody, postanowiłem kontynuować swój rejs na Bornholm.

Drugi etap rozpocząłem z Łeby.
U leśniczego Sitkowskiego czekał już mój JACHT i część ekwipunku. Łącznie 55 kg morskich marzeń o podboju Bałtyku. Opuszczając łebską marinę, odmeldowałem się w kapitanacie. Miałem kontakt radiowy z SAR. Potwierdziłem numery telefonów komórkowych i stacjonarnych poszczególnych jednostek i prosząc o błogosławieństwo, dałem się ponieść wiatrowi.
Uwielbiam samotną żeglugę „jachtem morskim”. Byłem przygotowany na długą wyprawę. Spakowałem wszystko, czego potrzeba do nocowania na plaży. Miałem też wyżywienie i zapas wody. Założyłem snowboardowe ochraniacze całej miednicy, ochraniacze kolan i podudzi. W kolejnych aquapackach miałem poszczególne mapy. Wszystkie baterie naładowane. Wiatr mi sprzyjał. Zacząłem eksperymentować. Ciekaw byłem, ile wytrzyma ten JACHT. Po pierwszym etapie zamontowałem baksztagi. Byłem wniebowzięty, gdy w trakcie mojego „euforia dance”.
Optimist ześlizgiwał się z fali z prędkością 9,5 węzła. Fala (pamiętajcie, że patrzyłem na nią z wysokości 50 cm nad wodą) była gigantyczna. Miała 1,5 metra. Mało? OK, miała 70% długości jachtu. Najtrudniejszą sztuczką było takie obciążenie kadłuba, żeby spływając z fali, nie wbijać się w wodę „dziobem”, a jednocześnie nie obciążyć rufy, holując litry wody.Trochę jak jazda konna. Wielka frajda. Reakcja na pracę steru natychmiastowa. Jakikolwiek błąd mógłby się skończyć natychmiastową karą.
Z wody podziwiałem Wydmę Łącką w Słowińskim Parku Narodowym. Wielokrotnie byłem na tej ruchomej górze piasku. Roztacza się z niej piękny widok na morze, na które patrzyłem tęsknym wzrokiem. Może teraz ktoś patrzy i widzi mój JACHT. Odruchowo macham, ale to bez sensu. Jak lokata. Patrzę na wydmę z daleka, jest malutka, a przecież pamiętam, jak ciężko się na nią wdrapywałem. Skoro „duży może więcej”, to mały musi lepiej, sprytniej i bezbłędniej. Nie może dać się zaskoczyć i musi być przygotowany na każdą ewentualność. O odpowiednich porach wysłuchuję ostrzeżeń nawigacyjnych, zarówno po polsku, jak i po angielsku. Te drugie to chyba po staro-angielsko-słowiańsku, ale da się rozszyfrować intencję WitowaRadio.
Ja tu spieszę na paradę wielkich żaglowców, żeglując po wodach światowej stolicy żeglarstwa, i co słyszę?: „Akwen B i B6 zamknięty dla żeglugi i rybołówstwa od 0500 następnego dnia, do…”. Poustawiali pewnie jakieś przyrządy pomiarowe i wspólne dobro przestało być wspólne. Nie szkodzi. Zasięgnę języka w kapitanacie w Rowach. Nie
zgłaszają się. Zmieniam radio. Nic. Wywołuję SAR. Nic. Szukam na 16. Nic. Myślę sobie: „Burza magnetyczna, czy co?”. Z kolejnych ostrzeżeń nawigacyjnych dowiaduję się, że port w Rowach nieczynny. Pracuje tam pogłębiarka i zamknęła wejście. Nasłuchu też nikt nie prowadzi. Neptun mi sprzyja. Cisnę dalej w kierunku Ustki. Powoli słońce chyli się nad horyzontem, tuż przed moim dziobem. Wydaje się tak blisko. Nawiązuję kontakt z kapitanatem. Dowiaduję się, że wojsko ma manewry. Wywołuję WOP, pytam czy mógłbym się prześlizgnąć tych kilkadziesiąt kilometrów. Odpowiedź krótka: „nie wolno”. – A jak popłynę, to co? – Są ostre strzelania i nie ma żartów. – No, chyba patrzą, gdzie strzelają.
Mają jakieś makiety. Nie będą strzelać do JACHTU. – Są wystawione kwadratowe plansze w kolorze czerwonym. Trochę mnie zmroziło. Mam czerwony żagiel, prawie kwadratowy. Próbuję dalej. – A oni to celnie strzelają? – Oni się nie mylą. – To ja odpowiem. Mam 12 strzałów z rakietnicy NIKO, 3 rakiety spadochronowe. Starczy mi na 10 minut. Potem
odpalę dwie pławy dymne i w nogi. – I spędzi pan siedem dni na dołku.
– A co z łódką?
- Wyjmą bosakami. Nic z niej nie zostanie. Zniszczą mój JACHT? Co to, to nie. – Żartowałem, zawijam się do Ustki. – Zapraszam. Wywołałem kapitanat, uzyskałem zgodę na wejście. SAR wiedział o moich planach. Wymieniliśmy grzeczności. Mimo że było ciemno, gdy wpływałem do portu, na falochronie było bardzo dużo ludzi. Moje światło topowe sięgało do ich stóp. Niektórzy robili zdjęcia i pokazywali mnie palcami. Półtorej godziny halsowałem i dryfowałem po tym niegościnnym i jednym z najbrzydszych portów, zanim znalazłem sobie miejsce na noc. Gościny udzielił mi kpt. Ryszard Podgórski. Spałem na pokładzie większej niż moja jednostki. To znaczy moją położyłem na niej. Rano drożdżówka z maślanką przy krzyku mew i hałasie ekip pospiesznie sprzątających miasto. Przykro mi się zrobiło, że nie mogłem płynąć.
Ja tylko chciałem żeglować. Poskarżyłem się przyjacielowi Czesiowi Szmaglińskiemu, a on mi na to tak: – Ty się ciesz, że my mamy armię i że manewry urządzają, bo w przeciwnym razie to nie dość, że nie wolno by ci było żeglować, to i nie wiadomo, w jakim języku musiałbyś przez radio rozmawiać. Pomyślałem, że pewnie wiadomo, w jakim języku. – No to dobrze, że tę armię mamy. Trudno, że nam ten nasz Bałtyk zawłaszcza co jakiś czas. Dobrze, że to nasi go zawłaszczają.
Następny finałowy skok robię z Ustki prosto na Bornholm. To już niedaleko. Zwykle przed rejsami mówiłem, że jeśli Neptun pozwoli, to… Tym razem proszę Neptuna o przychylność, a wojsko o pozwolenie. Z kapitanatem i celnikami sam to załatwię. Dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli, a niedowiarkom współczuję. Trzeba marzyć.

OptimistCBA donosi o kolejnych układach. Są one nawet tam, gdzie ich nie ma. Zresztą to jest oczywista oczywistość.

Ja od dawna wypatruję takiego układu. Żeby tak na południu był rozległy wyż i żeby stabilnie powiało na północ…
Tracę wiarę. Stabilny układ? W Polsce? Nie pozwolą na to, przecież „jesteśmy pod dobrymi skrzydłami”. Chyba żeby jakaś prowokacja. Jak ja chcę liberalizacji przepisów, to pewnie jestem liberał. Skoro tak, to załatwili mi ten południowy wiaterek, żeby się samobójca sam wykończył. Będzie jednego liberała mniej. Przeglądam w Internecie prognozę i… Własnym oczom nie wierzę. POwstaje nowy układ. POtężny. POłudniowy. Jest nadzieja. Dzwonię do Mirka Kukułki. Ma czas. Może mnie asekurować. W pracy co godzinę sprawdzam wykresy pogodowe. Wieczorem pakuję się i wyjeżdżam z Warszawy. W nocy z Gdańska zabieram mojego Optimista i o 0300 jestem w Gdyni. Rano pakujemy RIB-a na przyczepę, Optimista na RIB-a i ruszamy do Kołobrzegu. O 2000, po otaklowaniu mojego jachtu i zasztauowaniu wszystkiego, Mirek pyta o słabe punkty tej wyprawy. Odpowiadam, że są tylko dwa: ja i mój jacht.
O 2100 schodzimy na wodę (dobrze mieć jacht, którego nie trzeba slipować ze slipu). O 2200 odprawiamy się u straży granicznej. Nie za bardzo rozumieją, o co chodzi. Ale nie o to chodzi. Ważne, że można płynąć. W kapitanacie proszę przez VHF o pozwolenie wyjścia w rejs zagraniczny. Kilka pytań i grzeczności, i proszę bardzo − można płynąć. Do północy wiatr siada. Między 0100 a 0200 nie wieje w ogóle. Tkwię kilka mil od portu. Jest ostatnia noc września. Jutro październik. Chciałem ten rejs odbyć w maju lub czerwcu, kiedy dzień jest długi i trochę cieplejszy. Nie myślałem wtedy, że zakończę go w październiku. Ale wiedziałem, że powodzenie tej wyprawy w wielkim stopniu zależy od pogody. Nocą żegluje się bajecznie. Odgłosy jachtu są spotęgowane, a bezmiar wody zlewa się z bezmiarem nieba. To czas refleksji. O 0200 wiatr się wzmaga. Żegluję coraz szybciej. I jak zwykle wypatruję brzasku i wschodu słońca, nie łudząc się tym razem, że rano dostanę kubek gorącej kawy. Stabilny południowy wiatr o sile do 2°B niesie mnie na północ. Po kilkunastu godzinach żadna pozycja ciała nie daje się już zaakceptować. O 1600 widzę zarys Bornholmu.

Myślę, że jestem już na miejscu, że udało mi się. Ten przypływ emocji okazuje się dla mnie zgubny. Gdy liczę, że przede mną jeszcze kilka godzin żeglugi, ogarnia mnie ogromne zmęczenie. Kilka razy łapię się na tym, że przysypiam. Czuję jak boleśnie spada mi głowa. Wszystko zaczyna mnie boleć. Zbyt często robione pomiary sprawiały wrażenie, że mój jacht się nie posuwa. Płynąłem 3 do 5 knotów. Zarysowujące się kontury budowli były jak w filmie. Niemożliwe do dotknięcia.Słoneczko, znudzone moją bezczynnością, zaszło, pozostawiając za sobą rozświetlone chmury. Bornholm rozświetlił się skupiskami świateł. Wyłowiłem wśród nich dwa czerwone, migające światła lewej strony wejścia do portu. Były bardzo odległe. Na szczęście wiatr się wzmagał. Wreszcie widziałem jak zbliżam się do końca rejsu. Coraz częściej mijałem gęsto rozstawione sieci. Pomyślałem wtedy, że było warto. Nawet gdybym płynął jeszcze kilka godzin, to ta bliskość lądu, ginące światło latarni morskiej z lewej burty oraz nadzieja wsparłyby mnie i i tak bym dopłynął.
Do portu wszedłem o godz. 2100. Nikt nie zdziwił się na mój widok. Nikt nawet nie pomachał mi ręką. Było pusto i cicho. Wdrapałem się na betonowe nabrzeże. Wyjęliśmy jacht na ławkę. Roztaklowanie i spakowanie mojego Optimista na ponton Mirka zajęło 50 minut. Trochę się ucieszyłem, że to już koniec, ale też zmartwiłemsię. Bo to już koniec.
Czy się bałem? Jasne, że się bałem. Najbardziej tego, że przestanie wiać − będę tkwił w bezruchu i bez alternatywnego napędu. Bałem się też, że zasnę i jeśli puszczę rumpel, to jacht błyskawicznie wyostrzy i po zwrocie wywrócę się, lecąc pod łódkę. W nocy to wygląda nieprzyjemnie. Nie bałem się natomiast, że nie wytrzymam i się wycofam. Przecież nikomu nie obiecywałem, że się uda. O 2230 ruszyliśmy w drogę powrotną. Zadałem sobie pytanie, po co ja to robię? Nie znalazłem żadnej sensownej odpowiedzi.
Po powrocie do Kołobrzegu, spakowaniu sprzętu na przyczepę i krótkiej drzemce ruszyliśmy do Gdyni. Tam należało znowu zwodować RIB-a Mirka. Jego łódź musi być zawsze gotowa do akcji. Bez niego ten rejs by się nie odbył. Kiedy wieczorem położyłem się spać, nie zasnąłem, ja po prostu zniknąłem. Rano natomiast urodziłem się na nowo i ruszyłem do pracy. Trzeba marzyć.

OptimistDziesiątki pytań, wątpliwości. Dzięki tym pytaniom szukamy odpowiedzi. Ale inaczej one brzmią w zależności od tego, kto pyta. Zresztą same pytania o to samo są zgoła inne. Te zadawane wprost są najtrudniejsze, bo należałoby na nie odpowiedzieć wprost. Żeglarstwo sprzyja zadawaniu pytań, na jakie nie mamy odwagi na lądzie.

Długa, ciemna i zimna noc w domu i na morzu powinny się nawet nazywać inaczej. Nocne pływanie to swoiste misterium, takie obnażenie człowieka i zrównanie go ze wszystkimi innymi istotami wokół. To taki stan trwania między bycie a uczestniczeniem. Pod koniec długiej sztormowej nocy już prawie jesteśmy częścią zjawiska, w które się uwikłaliśmy. Rzeczy naprawdę istotne stają się istotne, a te błahe – naprawdę błahe. Po to, aby wraz z nastaniem brzasku zaprzeczyć własnym myślom. Przypisać wielką wartość niczemu, a swe myśli koncentrować wokół spraw nic niewartych.
Chodzimy po górach, bo są. Przepływamy przez morza, bo wiemy, że mają drugi brzeg. Trwamy w sztormach, pewni, że w końcu nastąpi cisza. Wierzymy mapom, instrumentom nawigacyjnym, zegarkowi i komunikatom nawigacyjnym znacznie bardziej niż własnym przeczuciom, zaobserwowanym zjawiskom czy intuicji. Nie ufamy sobie, więc też się w siebie nie wsłuchujemy. Pewnie dalece większą wagę przywiązujemy do opinii o nas wyrażanej przez innych niż do własnego o sobie zdania. Z tego też powodu nie odpowiadamy sobie na nurtujące nas pytania. Przecież z falą pytań zrodzonych w morzu przypływamy do portu. A tu lądowe chochliki zmieniają naszą wrażliwość i już nie ma miejsca na słone i pachnące wiatrem odpowiedzi. Po co to zrobiłem?
Bo mamy świetne narzędzia do planowania i realizowania żeglarstwa, dostępne i zrozumiałe dla każdego. Wystarczy tylko z nich korzystać.
Prognoza pogody, zrozumiała i wszechobecna. Wysoce sprawdzalna na pierwsze 24 godziny. Kompasy, mapy i urządzenia do określenia swojej pozycji. Środki łączności, UKF i GSM. Wodoodporne i energooszczędne. Komunikaty nawigacyjne, regularne i aktualne. Bo mamy świetny sprzęt ratunkowy i asekuracyjny. Ubrania wy-pornościowe, bardzo wygodne kamizelki pneumatyczne o stałej wyporności. Doskonałe środki izolacji termicznej. Pirotechnikę ratunkową i sygnalizacyjną. Całodobowy nasłuch radiowy służb ratowniczych SAR wraz z kontaktem telefonicznym.
Bo żeglarstwo przybrzeżne i zatokowe to żeglarstwo najtrudniejsze, a im dalej od brzegu, tym mniejsze prawdopodobieństwo popełnienia błędu. Bo nie pływa się już w nieznane. Bo jest się od kogo uczyć i kogo czytać. Jest kogo podpatrywać i pytać. Bo plaża nie jest już granicą państwa, a wjeżdżając w strefę nadgraniczną, nie trzeba się już meldować.
Bo żeglarstwo to nie przestępstwo. Bo nikt już nie może nam zabronić żeglowania. Kto powinien decydować, gdzie i komu wolno żeglować? Ten sam, który wystawia patenty na jazdę na nartach po czerwonej trasie, dopuszcza rozpędzanie się na rowerze pow. 25 km/h, upoważnia nas do zakładania rodziny, zbierania i konsumpcji grzybów. Skoro nie ma żadnych ograniczeń co do kierowania czterdziestomilionowym państwem i posiadania mandatu posła, bezkarnie, to jak można wprowadzać ograniczenia do kierowania czterdziestostopowym jachtem, gdzie kara za głupotę nie jest objęta żadnym immunitetem?
Przypatrując się analizie wypadków w żeglarstwie na przestrzeni ostatnich lat, wnioskuję, że większość z nich była spowodowana ignorancją, pośpiechem, lenistwem, zaniedbaniem i alkoholem, a nie nieznajomością rzemiosła żeglarskiego. Jeżeli w zupełnie niekrytycznej sytuacji kapitan nie wie, gdzie jest schowana tratwa ratunkowa, jak odnaleźć i uruchomić EPIRBa oraz gdzie montuje się rumpel na wypadek uszkodzenia szturwału, a chcąc to naprawić, chwyta za latarkę, która nie świeci, i po omacku lokalizuje potrzebne mu rzeczy, dodajmy mu jeszcze pas ratunkowy o ergonomii zbliżonej do koła ratunkowego, ale za to z atestem – to sytuacja staje się krytyczna. Nie mówiąc, co będzie w naprawdę krytycznej sytuacji. I kto chce weryfikować patent takiego kapitana? Zapewniam, że do rejsu się nie przygotuje, ale do weryfikacji na pewno. Ten patent jest jedynym dowodem jego kwalifikacji. Co zrobić, żeby żeglarstwo było bezpieczniejsze? Korzystać ze zdobyczy cywilizacji, a nie tylko je posiadać. Kontrolować i weryfikować wskazania urządzeń. Znaturalizować żeglarstwo. Proponuję żeglugę tradycyjną, polegającą na jednoczesnej obserwacji i analizie
rzeczywistości, wspomaganą elektroniką, w miejsce żeglugi wirtualnej, opartej wyłącznie na odtworzeniu na monitorachtego, co prawdopodobnie nas otacza. Patent żeglarski powinien być wręczany żeglarzom kochającym żeglowanie.
Zwracam się też z uprzejmą prośbą do żeglarzy o nietraktowanie Optimistów jako jachty morskie. Traktujmy je zgodnie z ich przeznaczeniem. Mój głos był jedynie głosem w dyskusji o liberalizacji przepisów żeglarskich. Głosem za kontynuowaniem akcji społecznej
„Bezpieczna Woda”. Za „uzdroworozsądkowieniem” jachtingu i powrotem do jego wychowawczych i refleksyjnych funkcji. Dzisiaj jest to bardzo potrzebne dorosłym żeglarzom. Kochani, zamiast kłócić się o polską infrastrukturę portową, kondycję żeglarstwa i przychylność władz, powróćmy na nasze Morze Bałtyckie. Pływajmy u siebie. Zrobimy popyt, to podaż zadziała i powstaną mariny.
Wokół tych marin wioski zamienią się w miasteczka, a miasteczka w miasta. Przecież ta historia się już zdarzyła. Takie będziemy mieli żeglarstwo, jak sobie pożeglujemy. A ci, co zostaną w tyle, to bardzo w tyle zostaną. Tam, gdzie nie będzie portów, tam i nas nie będzie.
…No i jeszcze chciałem powinszować osobie, która stanie się właścicielem niemojego już jachtu. Optimist Kevisport – ket lugrowy stanowi aktualnie własność Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i zostanie zlicytowany podczas finałowego koncertu na rynku w Gdańsku w styczniu 2008 r. Trzeba marzyć.

Jak się dopłynie tam, gdzie się płynęło, to nie ma już gdzie płynąć. Jak człowiek dopnie swego, to rodzi się swoista pustka. Co dalej?
W etapowym rejsie z Gdyni do Bornholmu przepłynąłem łącznie ok. 160 mil morskich. W kokpicie spędziłem ok. 59 godzin. Do rejsu przygotowywałem się 2 lata. Pomogło mi wielu wspaniałych ludzi. Połowa z nich nie wierzyła, że to możliwe. Ja sam nie wiem, w której byłem połowie."

Pełen uznania i szacunku ukłon dla "samotnika". Waga tej relacji jest tak znacząca, że nie mogłem sobie pozwolić na żadne skróty w tekście. Jakże bardzo zbiega się z pierwszą relacją z rejsu po Bałtyku umieszczoną na mojej stronie. Zmusza do analizy naszych własnych braków i zaniedbań podczas przygotowań do rejsów.
Chapeau bas.

JAWA
PS. Otymist "poszedł" za 3 140,00 Zł.

Żagle

Żagle

Żagle

Żagle